Chiatura

Chiatura zaginione miedzy wzgórzami miasteczko żywcem przeniesione z PRL. Skupisko blokowisk, smutne bez przyszłości. To po co tam jechać, dla kolejek linowych i dla minionej epoki, której w Polsce już nie zobaczycie. Ciatura znajduje się ok 80 km od Kutaisi. Najłatwiej dostać się tam marszrutką spod McDonalda w Kutaisi. Koszt takiej wyprawy wynosi  6 lari w jedną stronę. Mimo iż to tylko 80 km to podróż trwa dość długo gdyż droga nie jest łatwa.

Miasteczko położone jest między wzgórzami w dolinie rzeki. Jest jedna rzecz, które je wyróżnia oprócz zniszczonych blokowisk. Są to kolejki liniowe które opasują całą Chiature. Łączą one wzgórza z centrum miast, nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że kolejki te pamiętają pewnie jeszcze Josifa Wissarionowicza Dżugaszwili i jeszcze jeżdżą.

Powiedzieć ze kolejki są stare to za mało one są bardzo stare i nieprzyzwoicie niebezpieczne. Jednak mają w sobie jakąś magie, która pozwala wsiąść do nich.

Same wagoniki to już czysta poezja, ich brzydkość ma jednak w sobie coś z piękna. Korozja to drugie imię wagoników.

Chiatura to miejsce naprawdę smutne i trochę odstraszające, jednak mimo to zaczyna zyskiwać na popularności wśród turystów. Trzeba się spieszyć by móc zakosztować tego klimatu, póki jeszcze nie jest skażony masową turystyką.

Jeśli pojawicie się w Chiaturze w zimie to dodatkowa atrakcją protegującą ogólny marazm będzie szarota, brak kolorów.

Trzeba spieszyć się, gdyż Chiatura przeżywa wzomżone zainteresowanie wszelkiej maści niekonwencjonalnych turystów, włóczęgów. Ktoś nawet ma pomysł aby założyć w opuszczonych budynkach hostel. Z całą pewnością będzie to dla miasta bardzo dobre, gdyż napłynie trochę kapitału. Jednak czar miasteczka linowego może prysnąć.

Jeśli jednak zdążycie dojechać rozklekotaną marszrutką przed wszystkimi turystami żadnymi zrobić z miasta kolejny skomercjalizowany kurort to przeniesiecie się do innej bajki niektórym bardzo dobrze znanej a innym tym młodszym do bajki czystego absurdu.

Gori

Można powiedzieć że Gori to środek Gruzji. jest tam blisko zarówno z Kutaisi jak i z Tbilisi. Jak do wszystkich miejscowości w Gruzji najłatwiej dostać się tam marszrutka, z Tbilisi taka przyjemność kosztuje ok 3 lari o ile dobrze pamiętam. Marszrutki odjeżdżają z dworca Didube.  Miasto nie jest wyjatkową ładne ani nie szczyci się wielkimi zabytkami ( oprócz zamku) może dlatego że w czasie nalotów rosyjskich dość mocno ucierpiało. Po co jechać do Gori. Przede wszystkim dla skalnego miasta Upliscyche, które znajduje się rzut beretem.

Najszybciej i znowu nie tak drogo dostaniemy się tam z miasta biorąc taxi, koszt takiego przedsięwzięcia to ok 20 l. Kierowca będzie czekał na nas, aż sobie zwiedzimy skalne miasteczko. Drugim sposobem jest oczywiście busik, jednak nie wiem czemu ale trudno go namierzyć.

W internecie znajdziecie sprzeczne informacje odnośnie Upliscyche, jednym się podoba inni mówią, że to największe rozczarowanie. Uważam, że warto je zobaczyć szczególnie zimą kiedy wiatry hulają w najlepsze po opustoszałych pomieszczeniach skalnych. Zimą też nie zapłacicie wstępu, który i tak jest śmieszny ok 2-3 l.

Aby obejrzeć całe miasteczko jedna godzina na którą przeważnie umawia się taksówkarz będzie trochę mało. Jeśli jednak trochę się sprężycie to jesteście w stanie obejść całe ruiny.

Ze wzgórz gdzie nawet w pełni lata szaleją lodowate wiatry rozciąga się wspaniały widok. Dla amatorów fotografii to wymarzone miejsce. W oddali na horyzoncie majestatyczne góry, w dole meandrująca rzeka, można się rozmarzyć.

W lecie oprócz turystów, których znowu nie ma tu tak dużo możecie napotkać innych zwiedzających.

W Gori dużo turystów odwiedza miejsce urodzin największego mordercy świata tj Stalina. Jest tu muzeum oraz miejsce w którym narodził się Stalin. Dla nas Polaków nie jest to miejsce szczególnie ciekawe i najczęściej przyjeżdżamy tutaj aby opluć pomnik człowiek, który posłał na śmierć tylu naszych rodaków.

Ze względów oczywistych nie odwiedziłem muzeum ani domku, jeśli ktoś to zrobił to najlepiej będzie wiedział czy warto. Obok muzem znajduje się wagon w którym podróżował imperator.

 

 

 

Batumi

Większość ludzi mając na myśli Gruzje myśli o Batumi. Ten popularny kurort znajduje się prawie przy granicy tureckiej nad samym Morzem Czarny w autonomicznej republice Adjara.

Do Batumi możemy się dostać na kilka sposobów, najprostszy to wylądować na pobliskim lotnisku. Jeśli jednak dolecicie do Kutaisi to  stamtąd co chwila ruszają marszrutki do Batumi. Taka samo wygląda sytuacja z Tbilisi i tak do dyspozycji mamy busiki ale i również pociąg z tym iż pociągiem jest to trasa bardzo długa.

Batumi ma swój specyficzny klimat o którym na pewno przeczytacie w internecie, a więc na pewno będą takie informacje, ze w Batumi co dziennie leje, że jest bardzo wysoka wilgotność, że to prawie tropiki.

Możecie sobie te informacje wstawić między bajki. Pewnie pisali je ludzie którzy nigdy tam nie byli.

Pogoda jest zmienna ale to nie znaczy, że codziennie leje np w lipcu może się okazać że nie zobaczymy deszczu przez kilka kolejnych dni. Kolejna sprawa z wilgotnością może ona i jest wyższa ale to na pewno nie wilgotność jaką spotyka się w tropikach, a na pewno człowiek tak się nie męczy w Batumi jak w Amazonii.

Batumi ma swój urok jednak ludzie przyjeżdżają ty tylko dla plaży i wypoczynku. Tutaj następuje rozczarowanie. Plaże nie są tak piękne jak nad Morzem Śródziemnym czy Bałtykiem, morze nie jest tak czyste i przejrzyste a kamień na plaży daje się we znaki.

Batumi jak na razie to jeden wielki plac budowy, miasto rozwija się i przebudowuje co dla turysty spragnionego ciszy i sielankowej atmosfery może być nieco kłopotliwe.

Batumi jest pełne sprzeczności. Z jednej strony stare zanidbane budynki z czasów sowieckich z drugiej strony nowoczesne apartamentowce. Tuż obok siebie graniczą bieda i przepych.

Miasto przyciąga turystów z krajów islamskich bo tu mogą zagrać w kasynie, jak również pić alkohol który w rodzinnych krajach jest zakazany. Promenada która okala całe miasto, wydawało by się że będą chodzić tysiące ludzi jednak jest tu spokojnie bez tłumów.

Będąc w Batumi warto a wręcz trzeba wybrać się do ogrodu botanicznego w ktorym możemy podziwiać roślinność z różnych krajów świata. Do ogrody dostaniemy się oczywiście marszrutką lub autobusem. Wstęp jest płatny jednak naprawdę warto poświęci te kilka lari.

Chyba jedno z najczęstszych zdjęć które wyskakuje z internecie po wpisaniu w przeglądarce Batumi. Ma ten widok jednak w sobie coś co przyciąga uwagę.

Warto również wybrać się na tutejszy pokaz do delfinarium tym bardziej iż za taką przyjemność w innych krajach zapłacicie o wiele większą kasę.

Jednak najlepsze co możecie zrobić w Batumi to poszwendać się po mieście, popróbować miejscowych specjałów, zakosztować „czaczy”, zagryź niespotykanym gruzińskim chlebem i co najważniejsze porozmawiać z miejscowymi, posłuchać ich opowieści.

 

 

 

 

 

 

Weekend nad Balatonem

Sierpniowy długi weekend to bardzo dobry czas aby wybrać się nad Balaton, a dokładnie na samo południe Balatonu. Balatonbereny leży na samym końcu węgierskiego morza, stąd już jest rzut beretem na Chorwację. Sama miejscowość nie ma w sobie zachwycających zabytków, jednak nie po to tu przyjeżdżamy, jesteśmy tu po to żeby poleżeć w słońcu i zakosztować kąpieli w ciepłej balatońskiej wodzie. Balatonbereny znane jest również jako węgierskie Chałupy za sprawą ośrodka naturystycznego. Miejscowość oferuje zarówno plażę płatne jak również bezpłatne. Te płatne oferują prysznice, przebieralnie itd, wstęp ok 8 zl.

Woda na południowym brzegu Balatonu jest bardzo płytka i tak możemy nawet wyjść 1 km w głąb jeziora i wodę będziemy mieć po ramiona. Jest to o tyle dobre dla rodzin z dziećmi, natomiast niekoniecznie dla zapalonych pływaków.

Jeśli znudzi się wam plażowanie to rzut beretem od Balatonbereny mamy do zobaczenia ciekawe miejscowości- Heviz i Keszthely.

Hévíz najbardziej znane z jeziorka termalnego, gdzie cały rok można zażywać leczniczych kąpieli. Temperatura w jeziorku nigdy nie spada poniżej 22 stopnic Celsjusza tak więc nawet w najsroższą zimę można się tam taplać. Oczywiście nie ma co porównywać polskiej zimy do zimy na południu Węgier.

Samo miasteczko jest bardzo przyjemne i warte odwiedzenia. Jedynym minusem są dość wyśrubowane ceny w restauracjach, a wszystko to za sprawą masy turystów z Niemiec i Austrii.

Obowiązkowym punktem pobytu w Hévíz jest odwiedzenie dzielnicy Egregy słynnej z piwniczek i restauracji winnych. Na wzgórzach położone są pola winorośli poprzeplatane restauracjami które zapewniają smakowite trunki.

Na tych wzgórzach bardzo szybko możemy zapomnieć się i zagubić. Szczególnie po upalnym dniu, kiedy schłodzona lampka wina smakuje najlepiej.

Tutaj każdy chce poczęstować Cię winem. Każdy winiarz chce abyś spróbował właśnie jego wyboru. Ceny są przystępne  i tak liter pysznego białego wina kosztuje 500 forintów. Nic tylko kupować i smakować.

Jeśli już znudzicie się piciem wina i chcecie zakosztować wrażeń kulturalnych warto pojechać do miast Keszthely aby zobaczyć pałac Festeticsów.

Pałac robi wrażenie i naprawdę trzeba go zobaczyć.

W drodze powrotnej do Polski warto zobaczyć północny brzeg Balatonu z jego miasteczkami i stokami winnymi. Niestety z braku czasu zdążyłem tylko zobaczyć jakże wspaniały półwysep Tihany ze swoim opactwem benedyktyńskim, paprykowymi sklepami oraz wspaniałymi widokami.

Piękny widok, który rozpościera się z opactwa benedyktyńskiego rekompensuje nadmiar turystów. Błękit Balatonu można pomylić z błękitem Morza Śródziemnego a i atmosfera bardzo zbliżona.

Bardzo częstym widokiem z pocztówek na półwyspie jest sklep paprykowy.

Nie ma się czemu dziwić gdyż naprawdę prezentuje się ciekawie i jest warty zrobienia zdjęcia.

Trzeba zaznaczyć że papryka i lawenda jest tu wszędzie obecna. Na każdym kroku możemy kupić wyroby powiązane czy z jedną czy z drugą.

cdn.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bran

Rzut beretem od Raszova znajduje się o zgrozo cel większości turystów – zamek Drakuli. Tak naprawdę to z Drakulą nie ma nic wspólnego, jednak na poczet turystyki przyjęto nazywać go zamkiem Drakuli.

Zamek z daleka prezentuje się okazale, jednak gdy podejdziemy bliżej odrzuci nas z całą pewnością tłum przekupek i jarmarczny zgiełk.

Jak to na odpuście możecie kupić tu wszystkie świecidełka świata.

Do zamku wstęp jest płatny, a żeby uniknąć ciżby najlepiej odpuścić sobie zwiedzanie.

Zamek w Bran warty jest zobaczenia jednak tłum turystów skutecznie odstrasza od zwiedzania. Trzeba będzie tu wrócić w zimie kiedy na pewno nie będzie tyle tłumów.

 

 

Râșnov

Podążając przez Transylwanie od Sibina w strona Braszowa warto zboczyć kilka kilometrów z głównej trasy i udać się do Raszova. Czeka tam na nas wspaniały zamek jak również senny transylwański klimat.

Przed odwiedzeniem zamku warto powłóczyć się trochę po rasznowskich uliczkach, popróbować wspaniałej ciorby ( nigdzie w Rumunii tak nie smakowały mi flaczki).

Po skonsumowaniu odpowiedniej ilości ciorby oraz zapiciu wspaniałą palinką najwyższy czas aby udać się na zamek.

Na zamek możemy dostać się na dwa sposoby, na własnych nogach lub dla wygodnych wspaniałym pojazdem.

Po drodze nie zdziwcie się gdy zobaczycie chmary ludzi ubranych w jednakowe barwy.

Jeszcze przed samym wejściem posłuchajmy melancholijnego grajka.

Sam zamek jest bardzo duży i prezentuje się naprawdę okazale.

Wejście na główny dziedziniec zamku jest płatne. Tam też jest największy tłok.

Dlatego polecam wejście na boczne na mury zamkowe skąd rozciąga się wspaniała panorama, od której nie będziecie mogli oderwać wzroku.

 

 

Trasa Transfogarska

Myśl „geniusza Karpat” krwawego  Nicolae Ceauşescu, trasa Transfogarska przebiega przez pasma gór Fogarskich. Trasa osiąga nawet 2034 m n pm. Przeznaczenie trasy na początku i w zamyśle  miało być militarne. Dzięki temu do dziś trasa jest naprawdę świetnej jakości.

Przejazd trasy zaplanowałem na maj, mimo iż wszystkie informacje mówiły że jest to niemożliwe. Wspaniała pogoda na nizinnych rejonach Rumunii utwierdziła mnie w przekonaniu że plan się powiedzie. Na miejscu okazało się, że jednak plan diabli wzięli, trasa była zamknięta.

Na początku maja śnieg zalega trase Transfogarską i niestety pozostaje tylko wyjechanie kolejka linowa na przełęcz ( jeśli oczywiście jedziecie od strony północnej)

Wiadomo że wyjazd kolejką to nie to samo co samochód i zaliczenie całej trasy, jednak naprawdę polecam, widoki są niezapomniane,

Gdy w dolnej stacji kolejki panuje można powiedzieć śliczne lato, na górnej stacji narciarze spokojnie szusują. Na górze panuje w dalszym ciągu zima.

Piękne widoki jaki roztaczają się z górnej stacji rekompensują brak możliwości pokonania trasy samochodem.

Kolejka jest tania i nie ma wielkiego ruchu. Na górze można spokojnie coś przekąsić i wypić. Najważniejsze trzeba zabrać ze sobą coś ciepłego do ubrania. Temperatura zmienia się o kilkanaście stopni.

Trasa Transfogarska to obowiązkowy punkt na rumuńskiej mapie. Można odpuścić inne jednak tego nie wolno przegapić.

 

 

Fatima

Będąc w Portugalii koniecznie trzeba udać się do Fatimy i pomijam tu kwestie wyznaniowe. Jest to o tyle łatwe, że Portugalia to świetnie skomunikowany kraj i prawie z każdego miejsca kursuje komunikacja. Jeśli zamierzacie dojechać do Fatimy z Faro to czeka was kilkugodzinna przejażdżka w bardzo komfortowym autobusie co czyni tą podróż bardzo przyjemną. Autobusy odchodzą z głównego dworca o kosztują ok 25E. Najlepiej wybrać się tam pierwszym autobusem z samego rana jeśli oczywiście chcecie wrócić z powrotem do Faro. Kurs jest prze Lizbonę tam trzeba przesiąść się do innego autobusu, nie jest to jednak nic trudnego. Po przyjeździe do Fatimy bez problemu będziecie wiedzieć gdzie iść tzn. do sanktuarium objawień.

Sam plac przed kościołem jest ogromny. Wraz z nowym kościołem prezentuje się naprawdę okazale.

W środku sanktuarium możemy zobaczyć groby pastuszków którym ukazała się Matka Boska. Wnętrze jest ładne bez zbędnych udziwnień.

Na placu obok kościoła jest pomieszczenie w którym wierni palą świece oraz woskowe fragmenty ciała ludzkiego prosząc o uzdrowienie

 

Sama miasto Fatima w moim przekonaniu nie ma oprócz sanktuarium nic do zaoferowania. Okoliczne uliczki pełne są hoteli i supermarketów z dewocjonaliami. Jednak nie jest to tak nachalne jak w innych tego typu miejscach.

 

W poszukiwaniu Fado

„Szukajcie muzyki Fado przy głównym placu i w pobliskich ulicach, pełno tam knajpek w których grają Fado”. Gówno prawda, autentycznego fado nie znajdziecie w rejonach turystycznych Lizbony. Żeby znaleźć faktyczną muzykę Fado trzeba być albo mieszkańcem Lizbony albo mieć dobrego znajomego Portugalczyka, który na dodatek interesuje się tym tematem. Wszystkie knajpki w których będą grali Fado to tylko komercja pod turystów.


Jeśli jednak w dalszym ciągu chcecie szukać muzyki Fado to dobrym sposobem aby zbyt szybko się nie znużyć jest odwiedzenie sklepu z napojami izotonicznymi.

Oczywiście wszytko to w granicach normy i przyjętych zwyczajów. Pamiętajcie by później nie narobić sobie problemów